Raja Ampat, nurkowy Święty Graal

Prawie 20 tys. kilometrów, 16 startów i lądowań. Wszystko po to, aby zrobić 25 nurkowań. Czy to ma sens? Choć dotarcie do Raja Ampat nie było łatwe, ani tanie, nie żałuję żadnego przebytego kilometra i ani jednej spędzonej w samolotach godziny. Raja Ampat z pewnością nie jest miejscem, które można, ot tak sobie, odnotować w logbooku, jako kolejne zaliczone nurkowisko. Dla mnie jest i pozostanie miejscem zupełnie niezwykłym. Tego, co dane mi było tutaj przeżyć, z pewnością nie zapomnę nigdy i już dziś pragnę tam znowu powrócić. Administracyjnie obszar Raja Ampat od 1963 roku należy do Indonezji, stanowiąc obecnie część jej autonomicznej prowincji Papua. Archipelag składa się z kilkuset praktycznie nietkniętych cywilizacją wysp i wysepek, posiadających własny, niepowtarzalny ekosystem, gdzie żyją liczne endemiczne gatunki. Ogromne bogactwo i różnorodność podwodnego życia, jakie tu występuje, z całą pewnością pozwala uznać ten obszar za miejsce o jednym z największych na świecie zróżnicowaniu biologicznym, gdzie setki kilometrów raf i miejsc nurkowych wciąż czekają na swych odkrywców. Ze względu na znaczne oddalenie od jakiejkolwiek cywilizacji, nie istnieje tu problem zanieczyszczonego środowiska, czy rabunkowej gospodarki rybnej. Raja Ampat pozostaje wciąż nieodkryte również przez masową turystykę. Na olbrzymim obszarze ok. 45 tys. kilometrów kwadratowych działają trzy, oddalone od siebie o ponad sto kilkadziesiąt kilometrów centra nurkowe, oraz pływa zaledwie kilka liveaboardów. Pierwszy raz pojechałem nurkować na Raja Ampat w październiku 2008 roku. W południowej części archiRaja Ampat nurkowy Święty Graal pelagu otwarty został wówczas, pośród niezamieszkałych wysp, „Misool Eco Resort„(MER). Jego pomysłodawcą i współwłaścicielem jest Andrew Minners. Otworzył on swój resort zaledwie trzy dni przed moim przyjazdem. Śledząc przez internet postępy w budowie resortu, wiedziałem, czego się tutaj spodziewać. Jednak, kiedy po wielogodzinnej podróży dotarłem na Balbitrim, rzeczywistość o wiele przerosła moje wyobrażenia i oczekiwania. Miałem już w życiu szczęście i przyjemność odwiedzić kilka miejsc, które z pewnością zasługiwały na to, aby nazywać je pięknymi czy wyjątkowymi. Dotychczas jednak sądziłem, że miejsca takie jak MER istnieją jedynie wirtualnie, stworzone dla celów reklamowych przez zdolnych grafików komputerowych. Teraz miałem okazję przeżyć tu swą własną, fascynująca przygodę, pełną spotkań z tym, czego w swoim życiu nigdy jeszcze nie widziałem. Sam Misool Eco Resort jest ciekawym przykładem umiejętnego wykorzystania naturalnych surowców i materiałów. Cała budowa była precyzyjnie przemyślana i wykonana w taki sposób, aby w jak najmniejszym stopniu ingerować w naturalne środowisko. Każdy kawałek drewna do niej użyty pochodził z zebranego dryfującego w wodzie drewna, bądź z przewróconych siłami natury drzew, zbieranych w Raja Ampat i na pobliskich wyspach Seram. Wokół MER, za zgodą mieszkańców okolicznych wiosek, na wydzierżawionym 200 milowym obszarze morza, utworzono NO TAKE ZONE, strefę rezerwatu morskiego, z całkowitym zakazem połowu ryb, polowań na rekiny czy zbierania żółwich jaj. Dzięki temu bogactwo podwodnego życia wokół wyspy jest naprawdę imponujące. Mieszkańcy najbliższych wiosek, zwłaszcza Jellu, którzy od zawsze utrzymywali się z rybołówstwa, znaleźli zatrudnienie w resorcie. Wymusiło to w ich życiu wielkie zmiany – zaledwie kilka lat wcześniej mieszkali i żyli ustalonym przez setki lat rytmem, niewiele wiedząc o otaczającym ich świecie – teraz przeniesieni zostali do zupełnie innego wymiaru. Aby móc w nim funkcjonować, musieli nauczyć się, oraz zrozumieć sens i zaakceptować wiele sytuacji i umiejętności zupełnie dla nich nowych, a dla nas wręcz prozaicznych, jak np. posługiwanie się przy jedzeniu widelcem czy picie ze szklanki czy filiżanki. W ciągu kilku lat tworzenia i budowy ośrodka, w jego bezpośredniej bliskości odkryto i zlokalizowano kilkanaście atrakcyjnych miejsc nurkowych, aby dotrzeć do kilkudziesięciu kolejnych wystarczyło popłynąć łodzią 15 min. Setki innych wciąż jeszcze czeka na swój czas. Tak naprawdę, cały ten rejon jest jednym wielkim systemem połączonych ze sobą raf, które od czasu do czasu wyłaniają się nad powierzchnię wody, w postaci koralowych grzbietów, czy małych, zupełnie dzikich wysepek. Cudowny świat korali rozpoczyna się tuż pod powierzchnią wody, promienie słońca wydobywają z nich wszystkie możliwe kolory. Dlatego nurkowania, zwłaszcza te płytkie, są na Raja Ampat tak bajecznie piękne. Bogactwo tutejszego podwodnego świata jest zupełnie niewyobrażalne. Tym, co na Raja Ampat znaleźć można na jednym miejscu nurkowym z powodzeniem można by obdarzyć pół Hurghady. Z opisanych w świecie kilkuset gatunków twardego korala zdecydowana większość występuje tu, na Raja Ampat, choć myślę, że są też i takie, o których istnieniu wciąż jeszcze nie wiemy. Jest tu prawdziwy raj dla miłośników życia w wersji mikro: milimetrowe koniki morskie, ślimaki nagoskrzelne oraz inne stworzenia widywane są praktycznie na każdym nurkowaniu. Nie znaczy to, że nie spotkamy tu przedstawicieli z drugiego końca morskiego łańcucha pokarmowego: rekinów czy żółwi. Na jednym tylko nurkowaniu udało się mi spotkać pod wodą delfiny, rekiny Wobeggongi, czy prawie 3 metrowego rekina leoparda. Podczas dwudziestu kilku nurkowań miałem okazję zobaczyć zaledwie niewielki kawałek tego, co kryją tamtejsze wody. Dało mi to jednak wyobrażenie o tym, co czeka tu na tych, których chęć poznawania nowego jest nie mniejsza niż odległość dzieląca Kraków od tego niezwykłego miejsca. Dlatego też po roku ponownie znalazłem się tutaj. Tym razem zdecydowałem się na safari. Daje to możliwość odwiedzenia i nurkowania na zdecydowanie większym obszarze, co zapewnia większą różnorodność miejsc i doznań. Safari rozpoczyna się w Sorong. Putu i Darius nasi DM odbierają nas z lotniska i po niecałej godzinie płyniemy już w kierunku wyspy Kri. Zajmie to ok. 6 godz, jest więc czas na odpoczynek po podróży. Nasza łódź Putri Papua czasy młodości ma już chyba za sobą, i jest troszkę ciasna, ale jej przemiła indonezyjska załoga rekompensuje nam z nawiązką wszelkie niedogodności. Pomału zapada noc, ale spanie coś kiepsko mi idzie. Chyba jeszcze się nie zaadaptowałem do zmiany czasu, a jest to aż 8 godz. w stosunku do Polski. Dzień witam więc na górnym pokładzie, powoli robi się jasno. Liczyłem na spektakularny wschód słońca, ale niebo jest dziś zachmurzone. Stoimy na kotwicy przy jakiejś wyspie, słychać pierwsze budzące się ptaki, cisza i spokój. Jest pięknie. Jesteśmy w pobliżu wyspy Kri, gdzie Max Ammer otworzył przed laty pierwsze na Raja Ampat centrum nurkowe. Cape Kri, gdzie za chwilę będziemy nurkować, to niesamowite miejsce z niesamowitym prądem. Nurkowanie zaczęło się jak w klasycznym horrorze – zupełnie niewinnie. Prąd niesie nas łagodnie, przed oczami zmienia się

Palau nurkowe – Wielkie emocje

Palau jest drogie. Siedząc drugi już dzień w samolocie, z braku lepszego zajęcia, zaczynam zastanawiać się nad sensem tego, co robię. Niebagatelna odległość, jaka dzieli Palau i Europę, oraz monopol linii lotniczych Continental generują horrendalnie wysokie koszty przelotu. Do tego doliczyć też trzeba ceny za nurkowania i pobyt, które są tutaj jednymi z najwyższych z jakimi miałem dotąd do czynienia. To wszystko powoduje, iż ziarenko niepokoju, zasiane w mej głowie już wcześniej, wykiełkowało teraz ze zdwojoną siłą i energią. Może faktycznie lepszym rozwiązaniem byłby kolejny wyjazd na Malediwy, gdzie rekiny i mocne prądy nie są przecież niczym niezwykłym, a sam wyjazd jest o ponad połowę tańszy. Gdybym snując takie rozważania wiedział wtedy to, co wiem teraz, na pewno nie miałbym żadnych wątpliwości i rozterek. I choć uwielbiam Malediwy, to jednak przyznać muszę, że w porównaniu z Palau nie wytrzymują one konkurencji w żaden sposób. Już sam wylot z Manili dostarczył nam lekkich emocji. Pomimo że lecimy z Filipin na Karoliny, a nie do USA, odprawa w amerykańskim Continentalu przebiega zgodnie z ich standardami. Trwa to wszystko bez końca, nasze bagaże zostają przetrzepane i prześwietlone na wszystkie możliwe sposoby. Pozbawieni wszelkiej broni, czyli zapalniczek, zapałek i żarówek w latarkach, wreszcie lecimy. Co bardziej zmęczeni życiem koledzy pozasypiali w fotelach jeszcze przed startem. Sam lot mija spokojnie i bez zbędnych emocji. Samolot pomału zbiera się do lądowania. Jest środek nocy, wszyscy jesteśmy półprzytomni. W drodze do hotelu bezskutecznie wypatruję w otaczającym nas krajobrazie jakichkolwiek, niewielkich choćby oznak „tropical paradise”, które potwierdziłyby słuszność podjętej decyzji o znalezieniu się właśnie tutaj. Przez wieki Palau, jedno z najmniejszych pod względem liczby ludności państwo świata, pozostawało zależne od Europy. Najpierw byli tu Hiszpanie, potem Brytyjczycy, potem dla odmiany Niemcy, aż w końcu Japończycy, którzy po przegranej wojnie musieli pogodzić się z utratą archipelagu na rzecz Ameryki. Przez kilkadziesiąt następnych lat Palau pozostawało częścią Terytorium Powierniczego Pacyfiku, aby w końcu uzyskać status niepodległego państwa. Dzięki protektoratowi Ameryki, archipelag i jego mieszkańcy żyją i funkcjonują dziś całkiem znośnie. Wujek Sam, co roku pompuje w tę niewielką społeczność pół miliarda dolarów, zapełniając w ten sposób ponad połowę budżetu państwa. W zamian Amerykanie decydują o jego polityce zagranicznej i obronności, gwarantują większą część usług medycznych i zapewniają na zasadzie wyłączności obsługę ruchu lotniczego. Styl życia mieszkańców Koror – stolicy Palau – to wzorcowy przykład funkcjonowania amerykańskiej prowincji. W miejscowych sklepach próżno szukać lokalnych produktów. Półki zapełnione są amerykańskimi mrożonkami, których ceny zdecydowanie przebijają nie tylko ich jakość, ale również amerykańskie standardy cenowe, co zupełnie i skutecznie zniechęca do jakichkolwiek zakupów. Podobnie do sklepów wygląda życie ulicy. Najbardziej ulubioną rozrywką mieszkańców Korror, jest chyba jazda tam i z powrotem główną ulicą miasta, wyeksploatowanymi do granic możliwości pickupami. Ogólnie życie toczy się tutaj niespiesznie i zupełnie beznamiętnie. Nie jest to miejsce zdolne jak magnes przyciągać rzeszy turystów z całego świata i chyba nieprędko jeszcze takim będzie. Nie ma tutaj bowiem atrakcji znanych nam choćby z dużo tańszych i nie aż tak odległych Filipin czy Tajlandii. Pozbawione adrenaliny wieczorne wyjścia na miasto i brak przyhotelowych choćby plaż powodują, że turystów wciąż jest tu niewielu. Kiedy jednak zaczniemy postrzegać to miejsce nie jako kurort wypoczynkowy, lecz jako destynację nurkową, archipelag Palau odsłoni nam swoją drugą, absolutnie fascynującą twarz. Bo to, co na Palau jest najpiękniejsze, ukryte zostało pod powierzchnią wody. Wielką popularność i sławę znakomitego miejsca nurkowego zyskało dzięki Jacques’owi Cousteau i jego fascynacji ścianą Ngemelis. Zarówno wtedy, jak i dziś nurkową wizytówką tego miejsca jest znakomita przejrzystość wody, oraz wszechobecność rekinów. Ponieważ wszystkie miejsca nurkowe dostępne są bez większego problemu z lądu, bez sensu jest mnożenie i tak już mocno wyśrubowanych kosztów pobytu przez udział w safari. Z tej też przyczyny z ofert wielu baz, jakie organizują tutaj nurkowania, zaproponowana nam przez Fish & Fins wydawała się być najatrakcyjniejsza. Kiedy po raz pierwszy znalazłem się u nich, zobaczyłem przysłowiowe „piekło Dantego”. Zwątpiłem zupełnie, nie będąc w stanie uwierzyć, że coś takiego jest w stanie w ogóle funkcjonować. Kilkanaście potężnych łodzi motorowych wypływa codziennie, zabierając w morze gubo ponad setkę nurków. I wszystko to perfekcyjnie zorganizowane i poprowadzone z iście niemiecką punktualnością. Zasada funkcjonowania tej bazy opiera się na genialnie prostym schemacie. Każda z łodzi ma określone grafikiem miejsce nurkowania. Chcesz zanurkować na Blue Corner – wsiadasz na łódź numer 6, jutro chcesz na Ulong Chanel – szukasz numeru 9. W ten sposób można sobie codziennie samodzielnie wybierać i decydować o miejscu nurkowania. Zawsze wypływa się na dwa nurkowania, pomiędzy którymi jest czas na lunch na jednej z pięknie zielonych, bezludnych wysepek. Czas zacząć naszą nurkową przygodę! Całą papierologię dnia pierwszego mamy już za sobą. Ponad 500-konne Yamahy naszej łodzi szybko pozostawiają gdzieś w oddali zarysy lądu, by po chwili znaleźć się po zawietrznej stronie Ngemelis. Zaczynamy więc od „Blue Corner”, które jest absolutną kwintesencją nurkowania na archipelagu. Mocny prąd pływowy napędza tu dziesiątki rekinów, napoleony, wielkie makrele, stada barakud i tuńczyki. W tym podwodnym teatrze marzeń właśnie zaczyna się kolejny spektakl, trzeba więc szybko zająć miejsce i to najlepiej w pierwszym rzędzie. Wpięci hakami wisimy na przełamaniu ściany. Na początku zjawiają się rekiny rafowe i białopłetwe. Rozpoczyna się polowanie. Czym było, to co dopadły, nie zdążyłem nawet zauważyć, bo przestało istnieć w okamgnieniu. Zaraz dołączają też tuńczyki i dwa wielkie napoleony, robiąc taki kocioł i zamieszanie, że przez moment nic nie widać. Po chwili pył bitewny opada i jest już po wszystkim. Z niecierpliwością czekamy na akt drugi, który niechybnie nastąpi. Nurkowanie na Blue Corner zawsze jest przeżyciem niezwykłym i wyjątkowym. Piękne i nieprzewidywalne, za każdym razem inne, ale zawsze pełne wielkich atrakcji. Z lekkim niepokojem oczekujemy na kolejne nurkowania. Co jeszcze Palau może nam zaoferować po tym, co zobaczyliśmy tutaj? Choć nie jest łatwo wyobrazić sobie, że mogą być jeszcze lepsze miejsca nurkowe, to jednak życie nie zna pustki. Nieopodal Blue Corner znajdują się nie mniej słynne i spektakularne „Niebieskie Dziury”. Niewielkich rozmiarów wejście, ukryte kilka metrów pod powierzchnią, wprowadza nas do olbrzymiej jaskini w kształcie dzwonu. Opadając w kierunku dna, odnoszę niesamowite wrażenie wkraczania w jakiś niezwykły i tajemniczy troszkę

Wielkie zęby strachu

Rekiny były ogromne. Niektóre miały ponad pięć metrów długości. Pierwsze przypłynęły tuż po wschodzie słońca. Zapach świeżej krwi zwabiał je z dużej odległości. Pewne swej zdobyczy, spokojnie krążyły wokół dryfujących w wodzie marynarzy. „Nagle słyszysz przeraźliwy krzyk i ciało znika pod wodą, a po chwili jedynie kamizelka wraca na powierzchnię…” /USS Indianopolis./ Bahamy to 340 słonecznych dni w roku, przepiękne piaszczyste plaże, krystalicznie czyste wody i rekiny. Nasz plan jest piękny i prawie perfekcyjny. Tygodniowe safari na łodzi, potem trzy dni nurkowań z rekinami tygrysimi na słynnej Tiger Beach. Niestety. „Floryda zmaga się z huraganem „Matthew”, wiatr osiąga prędkość 200 km/godzinę. Są kolejne już ofiary…„ Nasze plany i nadzieje odpływają coraz szybciej wraz ze strumieniem coraz bardziej smutnych i przerażających informacji docierających z Florydy. Huragan „Matthew” wyrządza tak olbrzymie szkody, że hotel oraz znajdująca się w nim i mająca organizować nasze nurkowania baza pewnie nieprędko podniosą się ze zniszczeń. Nie mając już możliwości zmiany naszych planów, decydujemy się na lot na Bahama i nurkowania z Cristiną Zenato i jej karaibskimi przyjaciółmi.Jesteśmy na Grand Bahama, karaibskiej wyspie, gdzie od 50 już lat działa baza nurkowa UNEXSO. Pochodząca z Włoch i wychowana w Kongo Cristina uczyniła z Bahamów swój dom, a z nurkowania z rekinami sens i cel swojego życia. Jej wiedza i umiejętności w obcowaniu z tymi zwierzętami uczyniły z niej niekwestionowany autorytet o światowym zasięgu. Wczesnym popołudniem wypływamy z Port Lucaya na pierwsze spotkanie z żarłaczami karaibskimi. Na łodzi towarzystwo mocno międzynarodowe: nasza dwunastoosobowa grupka z Polski, Francuzi, Belg, Niemiec i jeszcze Amerykanie. Pomału sprawdzamy i klarujemy sprzęt. Słuchając briefingu Cristiny odnoszę wrażenie, że wszystko działa tutaj w schemacie zdecydowanie bardziej przypominającym szwajcarski bank, niż przysłowiowy karaibski, wakacyjny luz. Każdy członek załogi wie – co do niego należy i za co odpowiada. Gdy zakładamy pianki, Cristina przygotowuje się do karmienia rekinów. Gustowne metalowe wdzianko z rękawicami, które dodatkowo jeszcze zalepia taśmą i brak płetw sprawiają, że wygląda niczym średniowieczna Joanna D’Arc. Dopływamy na miejsce, łódź zacumowana, jesteśmy gotowi na spotkanie z rekinami. Głębokość 10-13 metrów, piaszczyste, pozbawione w zasadzie jakiejkolwiek rafy dno i smutne resztki jakiegoś małego wraku wyznaczają miejsce naszego nurkowania. Zostajemy ustawieni w jednej linii, wszyscy plecami do wraku, za nami stoją nurkowie asekurujący. Przed sobą mamy Cristinę, rekiny i towarzyszącego nam fotografa z bazy. Żarłacze napływają niespiesznie z różnych stron i kierunków. Widać, że doskonale znają i rozumieją wszystko, co się tutaj za chwilę będzie działo. Nie peszy ich widok ludzi, ani ilość wydychanych bąbli powietrza. Widoczność jest więcej niż dobra, możemy więc zaczynać spektakl. Spośród kilkudziesięciu rekinów, jakie krążą już wokół, Cristina wybiera swoich ulubieńców, których karmi i głaska. Po chwili wokół nas zaczyna się robić trochę zbyt tłoczno. Rekinów jest zdecydowanie za dużo i chyba pojęcie zachowania bezpiecznej odległości nie jest im znane. Zwabione zapachem przygotowanej zanęty, zachowują się coraz mniej przewidywalnie. Kierowane pierwotnym instynktem zdobywania zaczynają zachowywać się jak my na poświątecznych wyprzedażach. Przez chwilę robi się straszny bałagan, rekiny wpadają na siebie i na nas, każdy chce coś złapać. Podniesiony z dna piasek zaczyna ograniczać widoczność i coraz łatwiej o pomyłkę. Przecież nie wszystko, co jest w wodzie i wygląda jak jasna, biała plama musi być rybą. Po chwili, na szczęście, wszystko wraca do normy. Największe głodomory zostają nakarmione i kończą swe szaleńcze tańce. W naszym teatrze pora teraz na najciekawszą część rekiniego spektaklu. Cristina wybiera żarłacza, którego wprowadza w stan letargu, czy może hipnozy. Jak twierdzi, wybór nigdy nie jest przypadkowy, bo nie z każdym zdecydowałaby się na taki eksperyment. Ten, który do niej podpływa, kładzie się na piasku i jest delikatnie głaskany. Po chwili zapada w stan uśpienia i pozostaje zupełnie bierny. Pozwala się głaskać i dotykać. Po wybudzeniu, przez chwilę pozostaje przy Cristinie, czekając na dalsze pieszczoty, po czym spokojnie odpływa. Po około czterdziestu minutach temperatura wody przypomina nam, że pora już kończyć nasze nurkowanie. Odprowadzonym na bezpieczną odległość rekinom Cristina usuwa tkwiące w ich paszczach rybackie haki, a my spokojnie wynurzamy się na powierzchnię.Większość zdjęć żarłacza tygrysiego, jakie znajdowałem w czasopismach nurkowych i w Internecie, pochodzi z Tiger Beach. Bahamy i RPA to dwie najlepsze miejscówki do bliskiego spotkania z rekinem tygrysim. Ze względu na brak prądów, krystalicznie czystą, o zachęcającej do nurkowania temperaturze wodę, a przede wszystkim niewielką głębokość nurkowania wybieram Tiger Beach. Tak więc, po rocznej przerwie ponownie jestem na Bahama. Tym razem nie słychać już nic o tajfunach, tornadach i huraganach. Jest luty. Siedzę na pięknej, rozświetlonej słońcem plaży i czekam na trzydniowy maraton nurkowania z tiger sharkami. Około północy płynąca do nas z Bimini łódź powinna być już w marinie na West End. Zjedzone w biegu śniadanie i sprint do czekającego na nas busa zaczyna ten wyjątkowy dla nas dzień. Aby dotrzeć na West End, musimy przejechać praktycznie przez całą wyspę. Poznajemy załogę naszej łodzi i Richarda, który jest pochodzącym z Kanady shark feederem. Podobno kiedyś karmił też krokodyle, ale uznał, że praca z rekinami jest zdecydowanie bardziej bezpiecznym sposobem zarabiania na życie. Szybkie sprawdzenie, czy nikt niczego nie zapomniał i wypływamy w krótki rejs na Tiger Beach. Po dwóch godzinach cumujemy łódź, gdzieś pośrodku niczego. Jedynie obecność kilku innych wypakowanych nurkami łódek utwierdza nas w przekonaniu, że wreszcie dotarliśmy do naszej ziemi, a w zasadzie wody obiecanej. Richard zaprasza na briefing. Słuchamy go z wielką uwagą i ciekawością, choć z każdym kolejnym zdaniem poziom naszego entuzjazmu coraz bardziej zbliża się do zera. Przy łodzi jako pierwsze pojawiają się rekiny rafowe. W oczekiwaniu na swój darmowy obiad, nerwowo kręcą się tuż za naszą rufą. W ślad za nimi przypływają ostrożniejsze i chyba trochę też mniej chciwe lemon sharki. My, uzbrojeni w metrowej długości plastikowe rurki rodem z Castoramy, grzecznie czekamy na rozpoczęcie nurkowania. Na razie pod wodą jest tylko Richard i zabrana przez niego metalowa skrzynka z przynętą. Po około dwudziestu minutach ruszamy i my. Wejście do wody, w której pływa kilkadziesiąt dwumetrowych rekinów jest dla mnie lekkim stresem. Nurkowałem już wprawdzie z nimi dość blisko w kilku miejscach, ale zawsze nasze spotkanie następowało dopiero po zanurzeniu. Inni, jak widać, takich dylematów nie mają,

Kolosy ze stali, czyli Laguna Truk

Smuga, rozcinająca wodę, w błyskawicznym tempie zbliża się do okrętu. Zarówno pilot amerykańskiego TBF Avenger, jak i załoga japońskiego niszczyciela wiedzą już, że to co nieuniknione nastąpić musi za kilkadziesiąt sekund. Za chwilę potężny słup ognia i fontanna tryskającej wody obwieszcza koniec niszczyciela cesarskiej marynarki. Krzyki płonących ludzi, ostatnie serie z broni pokładowej, wszystko to cichnie powoli. Ocean w milczeniu układa do snu kolejnego olbrzyma ze stali. Być może, tak właśnie wyglądać mógł amerykański atak na kotwiczące w Lagunie Truk okręty. Epizod wojny, o którym mało kto dziś wie i pamięta, choć pochłonął prawie tyle samo istnień ludzkich co znany wszystkim japoński atak na Pearl Harbour.Dla Japonii Truk stanowił jedną z najważniejszych baz, służących głównie do przeładunku zaopatrzenia i sprzętu. Dla Amerykanów, pod koniec wojny, był przeszkodą i zagrożeniem w ich działaniach mających na celu zdobycie Wysp Marshala. Pomimo stacjonowania na Truk ponad 10 tysięcy japońskich żołnierzy i marynarzy, atol nigdy nie był silnie ufortyfikowany. Główną ochronę stacjonujących tam wojsk zapewniała w naturalny sposób rafa, z pięcioma zaledwie głębokimi przejściami. Amerykanie, chcąc zminimalizować własne straty w czasie desantu, zdecydowali się na atak przy użyciu lotnictwa. Na krótko przed ich inwazją w lagunie znajdowało się około 100 japońskich okrętów, w tym super pancerniki Yamato i Musashi, oraz około 370 samolotów różnych typów. Zdjęcia z przeprowadzonego rozpoznania lotniczego upewniły ich co do słuszności podjętej decyzji o ataku. Tak więc, o świcie 17 lutego 1944 roku rozpoczęła się słynna operacja „Hailstone”. Po zniszczeniu japońskiego lotnictwa w powietrzu i na ziemi, amerykanie przystąpili do ataku na znajdujące się w lagunie okręty. W trakcie dwudniowych nalotów zatopili ponad 40 statków transportowych. Zginęło też prawie 3 tysiące japońskich żołnierzy i marynarzy. Amerykanie uznali straty japońskie za tak duże, że zrezygnowali z przeprowadzenia inwazji. Kimio Aisek, będący wówczas 14-letnim świadkiem tych wydarzeń i późniejszym odkrywcą znacznej liczby wraków w Lagunie, kilkadziesiąt lat później zdecydował się otworzyć na Truk bazę nurkową. W miejscu skąd kiedyś startowały japońskie myśliwce Zero, dziś znajduje się Blue Lagoon Resort, oraz centrum nurkowe, prowadzone przez kolejne już pokolenie tej rodziny.Pierwsze wrażenia z naszego pobytu na Truk pozostaną w pamięci na długo. Pokonanie pięciokilometrowego zaledwie odcinka z lotniska do bazy zajęło nam ponad godzinę. Tego, po czym jechaliśmy, z pewnością nie powinno nazywać się drogą. Były to raczej jakieś resztki asfaltu, które od czasu do czasu wystawały nieśmiało z przepastnych, gigantycznych wręcz kałuż. Co nas tutaj przygnało? Czy nie lepiej było wybrać się na którąś z rajskich wysepek, siedzieć pod palmą na pięknej plaży i nurkować pośród kolorowych rybek? Na szczęście, zanim zdążyłem wymyślić jakąś sensowną odpowiedź na tak postawione pytanie, dotarliśmy do celu. Położony pośród palm, tuż przy samym morzu Blue Lagoon Resort, od razu zrobił na nas dobre wrażenie. Zostawiamy w pośpiechu co kto ma w pokojach i ruszamy na pierwszy posiłek. Kiki i Julia, dwie przesympatyczne kelnerki z hotelowej restauracji, od razu zafundowały nam niezłą zabawę. Zamawianie potraw to była prawdziwa ruletka. Nigdy nie było wiadomo, czy to co dostajesz jest tym co zamawiałeś. Albo dostajesz dwie zupy zamiast jednej, albo nie dostajesz żadnej. Na szczęście wszystko to w pokojowej i miłej atmosferze. Po posiłku resztę dnia przeznaczamy na odpoczynek po koszmarnie długiej podróży. Nazajutrz z samego rana nasi przewodnicy Rico i Dawid w dwóch słowach wprowadzają nas w zasady funkcjonowania bazy. Oszczędny briefing, jaki nam zaserwowali, okazuje się być tutaj regułą, wynikającą po części z problemów w posługiwaniu się przez obsługę językiem angielskim. Wszystko to jednak przestało być ważne w momencie, kiedy schodzimy pod wodę. Tutaj nasi przewodnicy są już na swoim podwórku. Po kilkunastu latach nurkowania na wciąż tych samych wrakach znają doskonale miejsce położenia każdego pocisku, łuski czy miny. Do końca pobytu nie mogłem też wyjść z podziwu dla precyzji, z jaką lokalizowali kolejne wraki. Chcesz mieć okręt od dziobu, plum kotwica w wodę, wolisz od strony rufy, też żaden problem. Chłopaki dają radę z dokładnością do jednego metra, bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony GPSu choćby. Nigdy też nie zdarzyło się, aby raz rzucona kotwica nie trafiła tam gdzie trzeba. Przez tydzień zanurkowaliśmy na 18 wrakach. Każde zejście pod wodę było dla nas fascynującym i niepowtarzalnym przeżyciem. Oglądaliśmy wraki porośnięte tak mocno koralem, że wyglądały niczym wspaniałe rafy, mieniące się bogactwem życia i kalejdoskopem kolorów. Zwiedzaliśmy ładownie wypełnione samolotami i pokłady, na których wciąż stoją czołgi. I wszystko to w zasięgu do 35 min płynięcia od naszej bazy, w wodzie o komfortowej temperaturze ponad 30 stopni. Fujikawa Maru Historia i opis: Zwodowany 15 kwietnia 1938 roku dla armatora Toyo Kaiun Line. Towarowo-pasażerski statek o wyporności prawie 7000 ton i długości 133 m, obsługiwany był przez 48-osobową załogę. Za czasów swojej krótkiej cywilnej służby pierwotnie używany był na trasach pomiędzy Japonią a Ameryką Północną, następnie wyczarterowany i wykorzystywany do transportu surowego jedwabiu i bawełny pomiędzy Ameryką Południową a Indiami. Japońska marynarka wcieliła statek do służby 9 grudnia 1940 roku, przekształcając go w okręt pomocniczo zaopatrzeniowy lotniskowców i uzbrajając w pochodzące z 1899 roku, sześciocalowe działka, zdemontowane z przeznaczonych na złom jednostek z czasów wojny japońsko rosyjskiej. Na krótko przed zatonięciem Fujikawa Maru przywiózł na Truk 30 bombowców, które jednak ze względu na konieczność demontażu do transportu, nie zostały użyte do obrony wyspy. Zatopiony 17 lutego 1944 roku, przez samoloty z USS Bunker, poprzez trafienie torpedą od strony sterburty. Nurkowanie Głębokość maksymalna 34 m, do pokładu 18 m, do topu wraku 9 m. Fujikawa, ze względu na swe naturalne ułożenie i niezbyt dużą maksymalną głębokość, jest najczęściej chyba odwiedzanym wrakiem Laguny. Wymieniany jest też często nie tylko jako najlepszy wrak na Truk, lecz również jako jeden z 10 najciekawszych wraków świata. Dla wielu Fujikawa jest kwintesencją i spełnieniem marzeń o idealnym nurkowaniu wrakowym. Przede wszystkim oferuje możliwość penetracji wypełnionych po brzegi ładowni, w których znaleźć można praktycznie wszystko, od kompletnych myśliwców Zero, po wszelkiego rodzaju amunicję, beczki po paliwie, na butelkach po piwie kończąc. Wszystko to podziwiać można w pełnej gamie kolorów porastających wrak miękkich korali. Nasze nurkowanie rozpoczyna się zejściem wzdłuż złamanego przez sztormy masztu. Do pierwszej ładowni wpływamy wąskim, kilkumetrowym korytarzykiem. Niestety, nie jesteśmy tu dzisiaj ani

Wrota do Xiabalby, czyli meksykańskie Cenoty

Diego, zaprzyjaźniony już trochę kelner z pobliskiej restauracji, szybko zmierza w naszym kierunku. Rozkłada podręczny stolik i zaczyna przygotowywać nasze zamówienie. Po chwili cztery piękne, dojrzałe avocado, cebulka, pomidor, szczypta pieprzu, soli, oraz odrobina soku z limonki, zamieniają się w przepyszne guacamole. Przez najbliższe dwa tygodnie będzie ono najbardziej pożądanym składnikiem naszej codziennej diety. Jesteśmy w Meksyku. Zanurzamy się niespiesznie, pełni emocji i oczekiwania na potwierdzenie wysłuchanych dopiero co od Gosi wszystkich „ochów i achów” na temat naszego nurkowania. Wrota do Xiabalby, czyli meksykańskie Cenoty Wrota do Xiabalby, czyli meksykańskie Cenoty. Cenot „Aktun Ha”, znany również jako „Car Wash”, wyznaczony został na nasz chrzest bojowy, na pierwszy rzut oka, trochę rozczarowuje. Ot, taka średniej wielkości – i nie ukrywajmy, również urody – niepozorna wręcz sadzawka. Zupełnie nie tak wyobrażałem sobie początek naszej meksykańskiej przygody. Nie tak powinna chyba wyglądać brama do mitycznej Xibalby, majańskiej krainy zła i śmierci. Jeff i Gosia, nasi przewodnicy, czekają już na nas w wodzie. Buble check, ponowne sprawdzenie sprzętu i zaczynamy zanurzenie. Na początku, głębokość specjalnie nie poraża, zebrałoby się tego może ze trzy metry. Czekając na założenie poręczówki, kręcimy się po podwodnej łące, pełnej rozświetlonych promieniami słońca łodyg kwiatów lotosu. Spotykamy też dwa małe żółwiki i kilka całkiem sporych ryb. Jeff daje znak, że wszystko gotowe i możemy zaczynać. Ruszamy wzdłuż poręczówki, dość ostro w dół i lekko w prawo. I wtedy zaczyna się bajka. Otaczająca nas woda ma jakiś hipnotyczny, trudny do opisania odcień zieleni. Miejsca wokół jest całkiem sporo. Po chwili, kiedy przyzwyczajamy się już do mniejszej ilości światła, zaczynamy dostrzegać wokół, coraz to nowe, fantastyczne kształty i formy. Na chwilę odwracam się w kierunku wejścia. Spoza migoczącej kurtyny słonecznego światła przebija widok meksykańskiej dżungli. Gra, jaka toczy się tam, pomiędzy zmieniającym się kolorem wody a promieniami słońca to jakaś szalona fasmantagoria. Wrażenie jest niesamowite, ale nie ma czasu na dłuższe zachwyty, bo grupa odpływa mi coraz bardziej. Przejrzystość wody jest znakomita, prawie absolutna, jedynym jej ograniczeniem są ściany załamujących się co chwilę korytarzy. Gdziekolwiek nie spojrzę, widać wszystko doskonale. Wpływamy w korytarz, do wnętrza jaskini. Ciemne, wapienne skały kontrastując tu ze światłem naszych latarek, wytwarzają półmrok, który jeszcze bardziej potęguje mistycyzm przebywania w tej niezwykłej scenerii. Robi się troszkę przytłaczająco. Gdzieś w głębokiej podświadomości odzywa się cichy dzwoneczek, wzywający do powrotu w stronę słonecznego światła. Wrota do Xiabalby, czyli meksykańskie Cenoty Wrota do Xiabalby, czyli meksykańskie CenotyRozpoczęte w XIX wieku na szeroką skalę prace archeologiczne, mające na celu ponowne odkrycie, pochłoniętych przez dżunglę miast Majów spowodowały, że magia tego niezwykłego i wciąż jeszcze tajemniczego świata, zaczęła na nowo rozpalać naszą wyobraźnię, pozwalając nam snuć marzenia o przeżyciu podróży niezwykłej, która z łatwością sięga poza granice marzeń i czasu. Chociaż historia nurkowania w Cenotach to zaledwie 30 mizernych lat, i nijak jej się równać do pozostawionych przez Majów tysiącletnich miast, to właśnie meksykańskie jaskinie aspirują dziś do miana jednego z najbardziej ekscytujących i pożądanych miejsc na nurkowej mapie świata. W pasie pomiędzy Cancun a Tulum udostępnionych jest aktualnie ponad 150 położonych w dżungli jaskiń, w których można nurkować. Zlokalizowane w ogromnej większości na prywatnych posesjach zapewniają nurkom możliwość przeżycia niezwykłych doznań, a swoim właścicielom całkiem przyzwoite utrzymanie. Zapewne wkrótce miejsc tych będzie znacznie więcej, bo cały Jukatan jest dosłownie przeorany podziemnymi, zalanymi wodą korytarzami. Problemem nie jest odkrywanie ko- lejnych studni, lecz ze względu na brak dróg dojazdowych, trudności związane z dotarciem do nich. Większość odkrytych i poznanych systemów jaskiń wykorzystywana jest do nurkowań technicznych. Zaledwie kilkanaście z nich przygotowano i udostępniono nurkom rekreacyjnym. Jednak wzrastająca z roku na rok popularność nurkowania kawernowego, a co za tym idzie i liczba chętnych, oraz siła pieniądza pobieranego przez bazy i właścicieli terenów za wstęp, wydają się być argumentem przemawiającym za tym, że relacja ta w niedługim czasie zmieniać się będzie coraz bardziej na naszą, nurków rekreacyjnych korzyść. Cenoty, a w zasadzie cały Jukatan jest absolutnie niezwykłym geologicznie tworem. Gdyby półwysep przekroić na pół, wyglądałby jak nasączona wodą gąbka. W czasach, kiedy po matce Ziemi hasały sobie dinozaury, stanowił on zapewne piękną i żywą rafę koralową. Wraz z nadejściem ostatniego zlodowacenia poziom oceanu obniżył się o ponad 100 metrów, odsłaniając całą strukturę rafy, w której najprawdopodobniej istniał już wówczas system olbrzymich podwodnych jaskiń. Cofające się morze wyssało z nich wodę, pozostawiając setki, a może i tysiące kilometrów suchych korytarzy. Padające deszcze cierpliwie i niestrudzenie rzeźbiły i dekorowały miękką, wapienną skałę, pozbawione zaś naturalnej wodnej podpory stropy jaskiń zaczynały się zapadać, tworząc mniejsze lub większe studnie. Kolejny okres ocieplenia przyniósł podniesienie poziomu morza i ponowne wpompowanie do systemu słonej wody, która nie mieszając się z lżejszą od siebie wodą słodką, wypierała ją ku górze, doprowadzając do powstawania fenomenalnego w swej istocie zjawiska halokliny. Cenoty były już gotowe. Studnia „The Pit”, choć w charakterze podobna do „Angelity”, przynosi zupełnie inne doznania i emocje. Nie ma tu takiej przygnębiającej, mrocznej trochę atmosfery, jest za to poczucie wielkiej przestrzeni, która daje niesamowitą radość z nurkowania. Jeszcze kilka lat temu nie było tu ani drogi dojazdowej, ani wygodnej zejściowej drabiny. Pomimo bardzo atrakcyjnego nurkowania, mało kto tu zaglądał, nie każdy miał bowiem ochotę na przedzieranie się przez chaszcze i dźwiganie w czterdziestostopniowym upale całego sprzętu. Wraz z poprowadzeniem drogi sytuacja zmieniła się radykalnie. Skok do wody z dziesięciometrowej niemalże wysokości nie jest już teraz koniecznością, lecz czystą przyjemnością. Ze względu na głębokość samej studni nurkowanie w „Pit” pozostaje wciąż jednym z najbardziej wymagających nurkowań kawernowych. Zanurzamy się w głąb studni, odnosząc wrażenie, iż znaleźliśmy się przez przypadek w jakiejś średniowiecznej, gotyckiej katedrze. Jej wielkość robi piorunujące wrażenie. Tutaj faktycznie doświadczyć można wrażenia nieważkości, swobodnego szybowania pomiędzy zwisającymi z sufitu draperiami stalaktytów. Pod nami, w dole, coraz wyraźniej zaczyna się wyłaniać wyrastająca z przysłowiowego morza mgieł zaczarowana wyspa. Widok jest niezwykły. Coraz wyraźniej widać sterczące w różnych kierunkach kikuty drzew, które, wraz z zawalonym stropem jaskini wpadły do jej wnętrza, tworząc niesamowite rumowisko. Spowite w srebrzyste, czy może błękitne obłoki siarkowodoru, wyglądają niczym krajobraz położonej gdzieś na krańcach galaktyki niezwykłej planety. Dziwne trochę uczucie, towarzyszące zagłębianiu się w chmurze, potęguje

Szczęki 2010

nspirowany autentycznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w 1916 roku w New Jersey, film „Szczęki” znamy chyba wszyscy. Niewątpliwie przyczynił się on do wykreowania wizerunku rekina jako bez względne go zabójcy, zawsze gotowego do rozszarpania swojej ofiary. Rekin białyFoto: Justyna Adamczyk Choć w tracie przywołanych tutaj wydarzeń zginęły zaledwie 4 osoby, to jednak dzięki ekranizacji, zapadły one w naszą świadomość znacznie bardziej niż tragiczna historia marynarzy z USS Indianopolis. W ściśle tajnej misji przewozili oni ładunki nuklearne, do zrzuconych później na Hiroszimę i Nagasaki bomb atomowych. W wyniku storpedowania przez japoński okręt podwodny I -58 zginęło kilkuset marynarzy, wielu z nich w trakcie kilkudniowego zmasowanego ataku rekinów na pływających w morzu ludzi. Pośród ponad 400 poznanych dotychczas gatunków rekinów, tylko kilka jest dla człowieka naprawdę niebezpiecznych. Choć corocznie na świecie w wyniku ich ataku ginie zaledwie kilkanaście osób, zawsze są to wypadki bardzo spektakularne, odbijające się szerokim medialnym echem. Fakt, że w tym samym czasie kilkadziesiąt osób ginie po spotkaniu z hipopotamem, a kilkadziesiąt tysięcy w wyniku ukąszenia przez jadowite węże, nie ma tu większego znaczenia. Na fatalną opinię o całym gatunku „zapracowały” głównie żarłacze: tygrysi oraz tępogłowy, jak również, choć w znacznie mniejszym stopniu niż mu się to przypisuje, żarłacz biały, zwany ludojadem. To właśnie one, w większości udokumentowanych wypadków, odpowiedzialne są za ataki na ludzi. Pomimo realnego zagrożenia jakie stwarzają, wielu nurków świadomie dąży do spotkania „oko w oko” z rekinem. Zdaniem wielu jest to bowiem najbardziej ekscytujące nurkowe przeżycie. W ciepłych wodach często za atrakcyjne uważa się te nurkowania, na których spotkać można rekiny. Zwłaszcza rozpoczynając podwodną przygodę, traktujemy każde spotkanie z rekinami, nawet z takimi o całkiem nikczemnej posturze, jako niezapomniane przeżycie. Rekin tygrysiFoto: Robert Grażdan Knaź Pierwsze rekinki, jakie dane mi było spotkać kilka lat temu w Egipcie, które zrobiły wówczas na mnie tak wielkie wrażenie, dziś zapewne mogłyby przepłynąć obok prawie niezauważone. Najwięcej rekinów udało mi się spotkać nurkując na Palau. Każde praktycznie nurkowanie tam to gwarancja spotkania kilku, czasem kilkunastu sztuk. Do wiszących prawie bez ruchu, na hakach rafowych, nurków napływają one bardzo blisko, na odległość zaledwie 2 – 3 metrów. Sytuacja taka nie stanowi tam jednak większe go zagrożenia. Miejscowe rekiny zdążyły się już do nurkujących tutaj ludzi przyzwyczaić i nie traktują ich jako źródła potencjalnego zagrożenia czy pożywienia. Zupełnie inaczej wygląda nurkowanie w miejscach dzikich, nie do końca jeszcze odkrytych przez masową turystykę. Niesie ono za sobą zarówno możliwość eksploracji nowych miejsc nurkowych, jak również niebezpieczeństwo spotkania z nienawykłymi do widoku człowieka, ciekawskimi drapieżnikami, które często poprzez ugryzienie właśnie sprawdzają, z czym tak naprawdę mają do czynienia. Kiedy nurkowałem na północy Andamanów, miejscu pozbawionym jakiejkolwiek w zasadzie infrastruktury turystycznej, że o nurkowej nie wspomnę, słuchałem opowieści zamieszkujących te tereny ludzi z plemienia Karen. Opowiadali oni o polowaniach na ryby i ucieczkach przed rekinami, które zwabione zapachem krwi, zjawiały się po łatwy łup, bezwzględnie przypominając o tym, że to terytorium należy właśnie do nich. Opowiadali też o okrutnej, stosowanej niestety nie tylko na Andamanach praktyce „finningu”, czyli obcinaniu rekinom płetw i wrzucaniu ich do morza, skazując je na powolną i okrutną śmierć. W ten sposób zabija się ok. 200 mln rekinów rocznie. Dlatego już około 100 gatunków rekinów zagrożonych jest wymarciem i z roku na rok liczba ta rośnie dramatycznie. White tipFoto: Bogusław Wątor Handel płetwami i zarobki na innych produktach z rekina porównywalne są obecnie do obrotów czerpanych z handlu narkotykami. Trudno doprawdy zrozumieć fenomen relacji pomiędzy człowiekiem i rekinem, które są skrajnie różne, od irracjonalnej zupełnie nienawiści do nich, aż do równie irracjonalnego podziwu i uwielbienia. Jeżeli obawiać się będziemy rekinów, zawsze wypatrywać będziemy z ich strony potencjalne go zagrożenia. Jeśli jednak dane nam będzie przeżyć, choć raz, spotkanie z rekinem, w trakcie którego nastąpi obustronne zainteresowanie człowieka i rekina, nasz stosunek do nich być może będzie zupełnie inny. Ryzyko zranienia czy śmierci podczas spotkania z rekinami istnieje zawsze i trzeba o tym bezustannie pamiętać. Nie wpadajmy jednak w panikę, ktoś policzył bowiem, ze stawiając ilość ludzi uprawiających sporty wodne, że ryzyko odniesienia urazu w spotkaniu z rekinem wynosi 1:200 milionów, a ryzyko utraty życia na wskutek takiego wypadku aż 1:2 miliardów. Grzegorz Zieliński

Buddyjskie Królestwo Lo.

Są wciąż na Ziemi takie miejsca, o których większość z nas wie niewiele więcej ponad to, że w ogóle istnieją. Już w samej swej nazwie niosą one niezwykłą magię i obietnicę przeżycia czegoś niezwykłego. Ukryte w dolinie rzeki Kali Gandaki Buddyjskie Królestwo Lo, jest z pewnością jednym z nich. Pozostaję ono ostatnią już, być może, enklawą autentycznej tybetańskiej kultury. Miejscem gdzie wchodząc, doświadczać możemy uczucia przekraczania magicznej linii, oddzielającą dwa zupełnie różne wymiary. Uciekając od świata naszej zagmatwanej cywilizacji, wkraczamy tutaj do świata, w którym pojęcie czasu czy szczęścia, nabiera zupełnie innej wartości. Wchodzimy do świata, który wciąż żyje w sposób niezwykle naturalny i gdzie czas zwalnia trochę, dając nam szansę spojrzenia na siebie z innej perspektywy. Początki istnienia Królestwa Lo sięgają XV wieku i związane są z osobą Ame Pala, od którego wywodzi się trwająca po dziś dzień dynastia władców Lo. Nam miejsce to znane jest bardziej jako Mustang, którą to nazwę zawdzięczamy okolicznym, nie tybetańskim ludom, w ten właśnie sposób wymawiającym nazwę jego stolicy – Montang. Z czasem, takie zniekształcone nazewnictwo utrwalone zostało w piśmiennictwie i literaturze, oraz rozciągnięte na dużo większy obszar, znajdujący się nad rzeką Kali Gandaki. W przeciągu kilku ostatnich lat, w sposobie życia zamieszkujących Królestwo Lobów, zaszły olbrzymie zmiany. Pojawiła się elektryczność i bieżąca woda. Dla przybyszów takich jak my, oznacza to utratę czegoś niezwykłego i niepowtarzalnego, jednak dla mieszkańców tych ziem, wciąż tylko w niewielkim stopniu czerpiących wymierne korzyści z rozwijającej się turystyki, stanowią możliwość lżejszego życia. Czy lepszego? Trudno powiedzieć. Dopiero za jakiś czas będziemy w stanie ocenić zachodzące tu obecnie zmiany i to jakie odcisną w mentalności i kulturze tutejszych ludzi piętno. Dostać się do Królestwa Lo nie jest i nigdy nie było rzeczą łatwą. Przez wiele lat, było ono dla obcych zupełnie niedostępne. Po zajęciu Tybetu przez Chiny, przez ponad 30 lat funkcjonowało ono w zupełnej izolacji od świata. Ustał praktycznie, będący od wieków podstawą jego egzystencji i bogactwa handel. Z głodu wyginęły, pozbawione paszy tysięczne stada. Kiedy wydawało się, że nic już nie jest w stanie uchronić mieszkających tu ludzi od zagłady, nieoczekiwanie w 1992 roku otwarta została granica od strony Nepalu. Dotarcie do Montangu stało się znowu możliwe, aczkolwiek wcale nie łatwiejsze. Tak jak przed wiekami, również dzisiaj wymaga ono kilkudniowej, pieszej, bądź konnej wędrówki. Mocno zawyżone ceny wydawanych przez rząd Nepalu zezwoleń, oraz trudy wędrówki powodują, że tylko niewielu turystów decyduje się odwiedzać ten wspaniały zakątek. Ze względu na fatalną pogodę, to, co miało być dla nas krótkim, piętnastominutowym zaledwie lotem z Pokhary do Jomson, przerodziło się w dwudniową walkę z deszczem, błotem, zniszczonymi przez monsun drogami i coraz bardziej szalonymi kierowcami miejscowych jeepów i autobusów. Kiedy po całodziennej, karkołomnej niekiedy jeździe rozmokłymi zupełnie drogami kładłem się spać w jakimś hoteliku w Beni, miałem wrażenie, że tym razem przygoda przerosła mnie zupełnie. Obraz mitycznego Mustangu, coraz bardziej oddalał się i rozmywał w strugach lejącego non stop deszczu. Nazajutrz wcale nie było lepiej. Po przejechaniu kilkunastu zaledwie kilometrów skończyła się droga. Po nocnej ulewie potężne zwały ziemi zsunęły się ze zbocza, czyniąc ja zupełnie nieprzejezdną. Stoimy więc grzecznie w kolejce traktorów, pielgrzymów i lokalnych autobusów, czekając, aż naprawią ją na tyle, aby można jechać dalej.Jak daleko, tego nikt nie jest w stanie powiedzieć. Po kilku godzinach możemy wreszcie ruszyć dalej. Niestety to jeszcze nie koniec niespodzianek w dzisiejszym dniu. Kierowca naszego jeepa, chcąc przejechać przez rzekę, tak niefortunnie do niej wjechał, że utopił auto. Utknęliśmy w środku koryta, rwąca woda, coraz większym strumieniem przepływa przez środek naszego auta. Kiedy zaczyna wlewać się nam do butów, decydujemy się wysiąść, wypakować nasze bagaże i ruszyć po ciemku do Kagbeni. Mija drugi zaledwie dzień naszego wyjazdu, a wrażeń mamy tyle, jakbyśmy byli tu co najmniej miesiąc. Na szczęście kolejny poranek wita nas piękną słoneczną pogodą i nadzieją, że limit przykrych niespodzianek został już wyczerpany. Kagbeni, wieś, w której spędziliśmy ostatnią noc, to swoiste okno na świat i brama do Górnego Mustangu. Stąd rozchodzą się ścieżki do Muktinath, Dolpo i Montangu. My, a przed nami tragarze ruszamy dziś do Chele. Idziemy prawym brzegiem Kali Gandaki, słońce świeci mocno, aż trudno uwierzyć, że wczoraj jeszcze maszerowaliśmy w strugach ulewnego deszczu. Krajobraz zmienił się radykalnie. Jak okiem sięgnąć, aż po sam horyzont rozciąga się kamienna, księżycowa pustynia. Urozmaicają ją jedynie bajecznie kolorowe skały, z wyczarowanymi przez wiatr basztami i organami. Pośród nich stoją przydrożne czorteny i modlitewne murki Mani. Znikły zupełnie drzewa, wycinane przez wieki pod budowę klasztorów i na opał. Otaczające Mustang masywy Annapurny i Dhaulagiri, tak skutecznie zatrzymują monsunowe chmury, że deszcze nie docierają tu wcale. Uderzający jest ogrom rozciągającej się we wszystkich kierunkach przestrzeni. Błękitne, pozbawione chmur niebo i wszechobecna cisza, cudownie dopełniają całości. Bez wątpienia jesteśmy już po drugiej stronie tej magicznej linii. Kilka godzin intensywnego marszu, zejście w koryto rzeki i przejście na jej lewy brzeg przybliża nas do upragnionego noclegu. Jeszcze tylko dramatyczne podejście i jesteśmy w Chele. Wysoka temperatura panująca w ciągu dnia, tuż po zachodzie słońca, spada do kilku zaledwie stopni. Zrywa się zimny porywisty wiatr niosący z sobą tumany pyłu, wciskającego się w uszy, oczy i nos. Na szczęście jesteśmy już w namiotach, które przynieśli i rozstawili nasi tragarze. Zupełnie niepotrzebnie, ponieważ okazuje się, że spać można nie tylko w namiotach, ale także w lokalnych hotelikach, których tu w Chele, a jak się wkrótce okazuje i na całej trasie jest już niemało. Cóż, cywilizacja dociera do Mustangu w mocno przyspieszonym tempie, nadrabiając wieloletnie opóźnienia i dając miejscowym możliwość dodatkowego zarobku. Nam turystom, w zależności od nastawienia zmiany te zapewniają, bądź większy komfort wędrówki, bądź pozbawia ją części uroku pionierskiej wyprawy.Wczesna poranna herbata, a po niej śniadanie smakują znakomicie. Początek dnia witamy maszerując już eksponowaną półką skalną. Widoki są tak piękne, że zapierają nam dech w piersiach bardziej, niż brak aklimatyzacji. Aż trudno mi uwierzyć, że tu jestem. Powoli podchodzimy na kolejną czterotysięczną przełęcz. Słońce zaszło właśnie i zrobiło się piekielnie zimno. Dociera do nas, że nie dojdziemy już dziś do Tamagaon, nie mamy na to ani dość czasu ani siły. Odwołany lot do Jomson,